23.02.2006 r. * Strona "Telewizji Edukacyjnej". © Informacje: Ryszard Czajkowski. Opracowanie: Tomasz Pyć.
Ryszard Czajkowski
Geofizyk, dziennikarz, operator filmowy, pisarz, reporter, publicysta, podróżnik, polarnik, członek The Explorers Club oraz innych organizacji.



Okazuje się, że marzenia o wielkich polarnych, podbiegunowych wyprawach można zrealizować, choć częściowo tu, w Warszawie.
Od początku zimy czekaliśmy na odpowiednie warunki. Kanadyjska łódka, pięciometrowe canoe, przeszła mały remont. W każdy większy mróz chodziliśmy na most oglądać Wisłę. W końcu stycznia przyszła fala ponad dwudziestostopniowych mrozów. W ciągu kilku dni Wisła pokryła się krą, ciągle gęstnijącą. Lada dzień rzeka miała stanąć. Ostateczna decyzja zapadła późnym wieczorem, kiedy we dwóch staliśmy pod mostem Poniatowskiego, tuż nad samym brzegiem. Czarną wodą Wisły płynęły szybko białe lodowe tafle z sykiem ocierając się o siebie.
Nazajutrz rano dźwigamy canoe przez Park Bielański na brzeg. Gładką śnieżną aleją daje się ciągnąć jak sanki. Wracamy po plecaki ze sprzętem biwakowym. Przez ostatnią mroźną noc kra na Wiśle zgęstniała.

Obawiamy się trochę jak łódź będzie sobie radziła wśród lodu. Robimy próbę. Rysiek wsiada do canoe, asekurowanego dwudziestometrową linką. Wiosłuje pod prąd. Od razu wpada na kry. Łódź jest od nich wytrzymalsza, mocniejsza. Kry ustępują bokiem, rozstępują się przed dziobem. Ładujemy graty i małą gumową dinghy - jako szalupę ratunkową i trochę przed południem - start.
Od razu zaczynają się utarczki z krą. Musimy przepłynąć przez nurt na swobodniejszą wodę. Lód uderza o burty. Aż na brzegu słychać jak głośo dudni łupina łódki. Kry wpadają na siebie, trą się, syczą. Lawirujemy. Wyszukujemy kawałki wolnej powierzchni wody. Czasem trzeba przechodzić między mieliznami, które teraz tworzą lodowe wyspy, dość wysokie przez narzucone na nie kry. Przy wyspach tych wiry i bystrza. Mamy prędkość 7-8 km na godzinę. Około drugiej po południu zaczynamy rozglądać się za biwakiem. Za godzinę zmierzch.


Nie chcemy być dziś w Modlinie, a i solidny mróz każe o sobie pamiętać, pomimo energicznego wiosłowania. Próbujemy przybić do prawego brzegu. Nurt nie puszcza. Zwarta kra zamyka się wokół canoe. Znosi nas prosto na sterczącą z dna lodową wyspę. Na kilka metrów przed spotkaniem z nią uciekamy wąskim przesmykiem swobodniejszej wody. Przeciwległy brzeg okazał się wygodniejszy do lądowania. Wyciągnięte na lód canoe ślizgamy ok. 100 m w stronę "lądu stałego".
Biwak. Solidny obiad. Ognisko dp późnej nocy.

Już o 8.30 rano jesteśmy na wodzie. Utrzymujący się w nocy mróz bardzo zmienił Wisłę. Wolnej od kry wody zostało niewiele. Lód płynie gęściej, a i sama woda gęstnieje. Pojawia się śryż, lodowa podwodna zawiesina. Niepokoimy się, czy uda się dopłynąć do Modlina zanim rzeka zamarznie. Przesmyki między lodowymi wyspami są dziś ciaśniejsze. Gromadzi się w nich kra, utrudnia przepływ. Mijamy kilka takich kanałów, pozwalając się nieść wodzie razem z otaczającymi nas ściśle płytami lodowymi. Chwilami przez chmury przebłyskuje słońce. Robi się raźniej i cieplej. Podobnie jak wczoraj wykonujemy szereg bardzo interesujących obserwacji.

O 9.30 przybijamy do dużego pola lodowego przy moście w Modlinie. Lód wisi kilkanaście centymetrów nad wodą, której poziom obniżył się w ostatnich dniach. Próbujemy, czy ta wisząca bariera wytrzyma ciężar nas i łodzi. Ostrożnie wyciągamy canoe na lód.
Jeszcze trzeba pokonać wysoki, stromy nasyp, aby wydostać się na szosę.
Wracamy do Warszawy.
Magazyn turystyczny ŚWIATOWID Nr.13(49) Rocznik II; 1.IV.1962 r. Tekst i zdjęcia:
RYSZARD CZAJKOWSKI
BERNARD UCHMAŃSKI

© Copyright by Ryszard Czajkowski Tomasz Pyć. Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved